Vivartha

Szkoła Walki Wręcz i Samoobrony

Umieć walczyć na ulicy

Uderzenie w szczękę 
	w odpowiedzi na przechwyt i próbę ściągnięcia głowy w dół Uderzenie w szczękę w odpowiedzi na przechwyt i próbę ściągnięcia głowy w dół

Problem numer jeden: trenowanie w warunkach innych niż naturalne

Jak wygląda trening w tradycyjnej szkole walki? Przyjrzyjmy się temu bliżej. Najpierw, przed wejściem na salę zdejmujemy buty. Zdjęcie butów to bardzo ważny moment. Właśnie zmieniłeś podłoże na którym stoisz. Totalnie. Na żadnym chodniku w twoim mieście nie leży mata, na którą możesz upaść kolanem, czy bezboleśnie oprzeć na niej głowę trąc o nią policzek i opierając na niej cały swój ciężar. Jesteś w miejscu, w którym zeskok z wysokości jednego metra zakończony upadkiem nie na stopy, a prosto na kolana nie boli. Możesz tu oprzeć cały swój ciężar tylko na stopach i czubku głowy i kręcić się w kółko. Na chodniku nie. Ale tu możesz.

Zdejmując buty zmieniłeś też wagę swojej stopy, przez co twoje kopnięcia działają już całkiem inaczej. Kopanie w butach i bez nich to zupełnie inna zabawa. No i zupełnie zmieniłeś swoje wrażenia z kontaktu z celem podczas kopnięcia. Nie masz już krawędzi buta, czubka buta ani przyczepności do podłoża takiej, jaką daje but. Kopiesz już całkiem inaczej.

Zanim wejdziesz na salę, zakładasz specjalny strój. Jeśli to tradycyjna szkoła zakładasz kimono. Właśnie zrobiłeś trzy ważne rzeczy.

Po pierwsze: zmieniłeś zakres ruchów nóg. Prawdopodobnie żadne spodnie które nosisz na co dzień nie dają takiej swobody, jaką dają spodnie treningowe.

Po drugie: zapewniłeś twojemu partnerowi mocne uchwyty. Kimono jest z materiału, który nie drze się ani nie rozciąga. Klapy od górnej części są otwarte a rękawy szerokie i łatwie do uchwycenia. Masz też pas, który jest na wierzchu, na bluzie, w bezpośrednim zasięgu ręki. Mało tego. Końcówki tego pasa zwieszają się do ziemi i one też są łatwe do uchwycenia. W realnych warunkach chyba tylko rozpięta mocna jeansowa kurtka daje podobne możliwości.

Po trzecie: połączyłeś dwa powtarzalne bodźce w jedną całość. Jeden z nich, to techniki. Drugi, to specjalny strój do ich ćwiczenia, którego nie nosisz w żadnych innych okolicznościach. Kiedy go zakładasz, techniki przypominają się natychmiast. Kiedy go zdejmujesz, część siły nabytych odruchów także zostawiasz za sobą. Jeśli już trenowałeś, wiesz o czym mówię. Jeśli nie, przypomnij sobie uczucie przebierania się z garnituru w kąpielówki i czepek. I odwrotnie. Już wiesz? Tak. Z kimonem to działa tak samo.

Jeśli to szkoła tak zwanych nowoczesnych kontaktowych sportów walki pozornie jest lepiej. Bo nie zakładasz kimona. Ale zamiast niego stosujesz masę innych gadżetów.

Problem numer dwa: sprzęt, który masz tylko na sali

Suspensorium.
Witamy w świecie pełnokontaktowych sztuk walki. Własnie zasłoniłeś najbardziej oczywisty cel ataku. Kopnięcie lub uderzenie w to miejsce jest zakazane przepisami wszystkich szkół sportowych, jest więc pewne, że trening nie będzie tej możliwości uwzględniał. Może się jednak zdarzyć, że jakieś uderzenie czy kopnięcie zostanie tam wyprowadzone przypadkiem. W wielu walkach K1 i Pride zdarzało się, że nawet mimo ochraniacza zawodnicy po jednym takim przypadkowym uderzeniu dochodzili do siebie przez wiele minut. Na ulicy byłoby tak samo. W tej chwili trzymamy się kwestii samego sprzętu. Do problemów z chronieniem tej strefy związanych z samą techniką walki jeszcze w tym tekście wrócimy.

Bandaże na ręce i rękawice.
Bandaż usztywnia nadgarstek i chroni palce przed wybiciem. Ponadto zapewnia ci uczucie specyficznego napięcia ręki, dzięki któremu czujesz, że twoje ciosy są mocniejsze. Kłopot w tym, że na ulicy tego nie masz. Jeśli używasz rękawic bokserskich, tak naprawdę nigdy nie zwijasz pięści prawidłowo. Wykonujesz dziesiątki tysięcy ciosów dłonią z otwartym kciukiem i niedomkniętymi palcami. Na ulicy, w stresie, kiedy zadziała wyuczony odruch będzie tak samo. Zrobisz to tak samo, jak robiłeś na treningach. Czyli wyprowadzisz piękne uderzenie w idealnym momencie i ułożysz dłoń tak, jak to robiłeś tysiące razy wcześniej. Niestety bez ochraniacza masz wszelkie szanse połamać przy tym palce. Mike Tyson połamał je na ulicy trzy razy.

Ochraniacze na piszczele.
Dzięki nim możesz bardzo mocno kopać kością piszczelową, nie przejmując się tym, że trafiasz na łokcie przeciwnika. Możesz też blokować piszczelem kopnięcia, które on wyprowadza. Kiedy wasze piszczele zderzą się w takiej technice żaden nie odczuwa bólu, bo obaj macie porządne ochraniacze na nogach. Problem w tym, że na ulicy kiedy zadziała taki sam odruch, ochraniaczy nie będzie. Różnica jest gigantyczna. Boli jak diabli.

Kask.
Jeśli macie rękawice, szczęki i kaski, to odczucie przy przyjęciu uderzenia jest zupełnie inne niż kiedy ich nie ma. Uczysz się przez to zupełnie innych odruchów. Na przykład przyzwyczajasz się do tego, że możesz wytrzymać kilka słabszych uderzeń stojąc przy linach za szczelną podniesioną gardą. Możesz je przyjąć rozprowadzając siłę pomiędzy rękawice i kask. Gdyby ich jednak nie było, byłoby to zupełnie niemożliwe.

Problem numer trzy: ceremonia rozpoczynania umówionego pojedynku, to zupełnie co innego, niż wstępna część ulicznego napadu

Przed treningiem w tradycyjnej szkole kłaniamy się. Sobie, trenerowi, szkole itd. Taki ukłon wyraża szacunek dla wielu ważnych rzeczy, co pozwala nam wprowadzić się w pewien nastrój. Z tego punktu widzenia może to mieć wielki sens. Z drugiej jednak strony ktoś kto będzie chciał napaść cię na ulicy na pewno wcześniej ci się nie ukłoni. Twój nastrój będzie więc zupełnie inny. Jeśli będziesz w innym nastroju, niż jesteś w czasie treningu, to ogromna część nabytych odruchów w ogóle ci się nie uruchomi. Człowiek jest pewną całością. Ucząc się, uczysz się nie tylko samych technik. Uczysz się całej sytuacji i do niej się przyzwyczajasz.

W szkole sportowej nie ma takiego rytuału, jednak cały czas istnieje pewna procedura rozpoczynania starcia. To jak przed umówionym pojedynkiem. Ludzie stają w określonym miejscu, dokładnie się widzą, trener lub sędzia staje obok i daje sygnał rozpoczęcia. Wiadomo, kiedy się zaczęło i wiadomo, kiedy ma się skończyć. Wiadomo, co może się zdarzyć, a co nie może. W ulicznej sytuacji bardzo częstym problemem jest właśnie ten moment rozpoczęcia. Kiedy już podnieść do góry ręce i przyjąć pozycję? Kiedy już przestać rozmawiać? W jakiej odległości będę od napastnika, kiedy to się zacznie i jak ta odległość ma się do tej sportowej? Każdy kto miał przygody na ulicy wie, że chwile przed samą walką w niczym nie przypominają tego, co się dzieje przed walka na sali.

Na ulicy zaczyna się to od rozmowy, która stopniowo przeradza się w próbę zastraszania. Nie wie się, kiedy przyjąć pozycję, bo jej przyjęcie oznacza, że walki się nie uniknie, a z drugiej strony nie przyjęcie jej sprawia, że czujesz się bardziej zagrożony. W efekcie narasta stres. Żaden trening sportowy nie przygotowuje do takiej sytuacji. Ponieważ inne jest rozpoczęcie, odruchy, które się uruchamiają także są całkiem inne. Zdarza się często, że ktoś, kto w pojedynku sportowym swietnie sobie radził, na ulicy nie zdoła zastosować żadnej ze swoich technik. Dzieje się tak właśnie dlatego, że ta sytuacja w niczym nie przypomina szkolnej. Na sali z tym samym przeciwnikiem taki zawodnik mógłby poradzić sobie bez problemu.

Problem numer cztery: metodyka

W szkołach tradycyjnych wiele czasu poświęca się na ćwiczenie form, inaczej zwanych kata. Są to ułożone z góry długie sekwencje technik. Nie będę bawił się w dyplomację. Jeśli chodzi o przełożenie tego na realną walkę, jest ono zerowe. Nie spotkałem w życiu ani jednej osoby, która nauczyłaby się walczyć taką metodą. Sam też ćwiczyłem formy przez wiele lat. Trzy miesiące treningu w interakcji z partnerem dały mi więcej, niż trzy lata intensywnego treningu kata. Rzeczywiście jest tak, że formy zawierają pewną podstawową strukturę koordynacji ruchu, która może przydać się przy nauce technik walki. Z całą pewnością jednak nie są one najlepszą metodą do wyrabiania koordynacji. A już na pewno nie uczą walki. Nie da się wyuczyć prowadzenia samochodu siedząc na krześle, trzymając samą kierownicę w rękach i powtarzając skręty lewe i prawe po kilkanaście tysięcy razy. Nie da się nauczyć rozmawiania w obcym języku przez wkuwanie na pamięć tekstu bez rozumienia jego sensu. Nie da się też nauczyć pływania bez pływania. To samo dotyczy walki. Jeśli ktoś uczy się form, umie robić formy. Jeśli ktoś uczy się walczyć, umie walczyć. W taki sposób jakiego się wyuczył. To proste.

Napastnik atakuje ciosem prostym. Schodzisz w bok z jednoczesnym parowaniem, po czym wyprowadzasz kilka ciosów i kopnięć w odpowiedzi w różne miejsca na jego ciele. On w tym czasie stoi w miejscu w dokładnie takiej samej pozycji, w jakiej zakończył wyprowadzanie ciosu. Nie tylko nie wycofuje ręki, ale nawet nie próbuje odskoczyć przed twoimi uderzeniami. Po prostu zatrzymał się w pół ruchu jak skamieniały. Jeśli dobrze się tego wyuczyć, podczas pokazów na publiczności robi to wielkie wrażenie. W praktyce jednak niewiele z tego wychodzi. Napastnik na ulicy po pierwszym ataku wykona następny i następny. Nie będzie stał w miejscu. Jeśli odpowiesz uderzeniami, będzie się bronił, albo przynajmniej cofał. Na pewno nie zastygnie bokiem lub tyłem do ciebie czekając, aż do wykończysz.

Żeby nauczyć się prawdziwej obrony, od początku trzeba ćwiczyć w interakcji. Nie znaczy to, że trzeba się bić na sto procent mocy z dzikim obłędem w oczach. Oznacza to tylko tyle, że podczas treningu trzeba reagować na zmieniająca się stale sytuację. Ćwiczący muszą być stale w ruchu. Coś takiego, jak wyprowadzenie dwu ciosów pod rząd w cel, który jest cały czas w tym samym miejscu jest w prawdziwej walce po prostu niemożliwe.

Jeśli uczysz się wyprowadzać dwa uderzenia w tym samym miejscu, tak naprawdę oduczasz się przemieszczania. Większość takich ćwiczeń wygląda tak, że robi się krok, zatrzymuje w jakiejś pozycji, po czym wykonuje dwa lub trzy uderzenia stojąc. Następnie znów robi się krok i znów wykonuje dwa, trzy uderzenia w tej nowej pozycji. W zetknięciu z naturalnie reagującym przeciwnikiem da to taki efekt, że po pierwszym uderzeniu ma się wielki problem z dosięgnięciem drugim ciosem. W efekcie po kilku próbach uderzenia ma się zupełnie zdezorganizowane poruszanie i całkiem niekontrolowaną pozycję ciała. Dzieje się tak, bo taka metoda nie uczy reagowania na ciągłą zmianę odległości od celu.

Problem numer pięć: uniwersalność

Na ulicy zrobisz dokładnie to, co robisz na treningach. Twój przeciwnik niekoniecznie. W szkołach walki skupionych na uderzeniach i kopnięciach kontakt między przeciwnikami jest ograniczony do powierzchni uderzenia i trafienia. Czyli z jednej strony ochraniacz uderzającej kończyny, z drugiej ochraniacz na ciele, lub dozwolone przez określone przepisy miejsce trafienia.

Ktoś, kto szkoli się w uderzaniu w sportowym, tak zwanym kontaktowym systemie, nie jest przyzwyczajony do walki bez ochraniaczy. A różnica jest gigantyczna. Przede wszystkim jednak nie jest przygotowany na pociągnięcie, popchnięcie, przechwycenie i przytrzymanie. Nie jest przygotowany na to, że kopiąca noga lub ręka może się zaplątać w ubranie przeciwnika lub być przez niego przechwycona. Nie jest przygotowany na to, że może zostać popchnięty całą masą ciała i że razem z przeciwnikiem może przewrócić się na ziemię. Nie ma też zadnych odruchów przydatnych w sytuacji, kiedy upadnie, a jego przeciwnik cały czas stoi. Nie wie co zrobić kiedy zostanie chwycony za rękaw i sciągnięty w kierunku przeciwnika, który drugą ręka już wyprowadza uderzenie. Nie wie co zrobić kiedy zostanie chwycony za głowę oburącz i pociągnięty w dół. W tym ostatnim przypadku jest kilka wyjątków, jak Muay Tai lub Shidokan. Zawodnicy tych styli często stosują właśnie ściągnięcie głowy przeciwnika w dół. Robią to jednak w taki sposób, który zupełnie nie uwzględnia możliwości kontruderzenia głową. Sposób, w jaki chwytają wprost zachęca do takiej reakcji! Ich trening jej nie przewiduje, ponieważ uderzenie głową nie jest dozwolone na zawodach. Tymczasem na ulicy jest to technika stosowana nagminnie.

Problem numer sześć: ewolucja technik w izolowanym środowisku

Techniki walki rozwijają się zawsze w ramach konkretnej szkoły. Weźmy dla przykładu technikę boksu. Na początku mamy pozycję i prosty cios. Później pojawia się do niego obrona. Ponieważ przepisy są określone, tworzą się konkretne założenia o tym co jest, a co nie jest możliwe w takiej walce i na tej podstawie pojawia się jakaś forma obrony. Na przykład zejście głową w bok i nieco w dół na zewnątrz z lekkim skrętem ramienia. Później ktoś odkrywa, że po takiej obronie można wykorzystać rotację ramion do mocniejszego uderzenia w odpowiedzi. Nikt jednak nie zakłada, że możliwe jest chwycenie za głowę zaraz po zejściu i wypchnięcie osoby wykonującej unik lub ściągnięcie jej w dół. Nikt tego nie zakłada, bo w boksie nie ma takich przepisów. Pojawia się więc kilkanaście kolejnych rozwiązań opartych na założeniu, że przeciwnik będzie zachowywał się w określony sposób. Będzie schodził mniej więcej tak jak to opisałem, będzie w odpowiedzi bił ręką po skręcie (czyli na przykład nie zanurkuje i nie chwyci nas za nogi), no i nie da się po tym uniku chwycić go za głowę i pociągnąć. Takie techniki stają się coraz bardziej i bardziej złożone. Są produktami pewnej ewolucji i w ramach swojego środowiska są coraz lepiej ewolucyjnie przystosowane o przetrwania. Rzecz w tym, że poza ich naturalnym środowiskiem to, co dotąd było zaletą, może stać się wadą. Im więcej ograniczających przepisów, tym sztywniejsze założenia o tym co przeciwnik może zrobić, a czego nie zrobi na pewno. Niestety nie każdy uliczny napastnik przyjmuje takie same założenia.

Problem numer siedem: punkty wrażliwe

Najważniejszy problem dotyczy wrażliwych punktów trafienia. W sportach niekontaktowych, takich jak karate Shotokan i pochodne trenując właściwie w ogóle nie poznaje się swojej odporności na uderzenia. Ciosy wyprowadza się w powietrze i zatrzymuje przed ciałem przeciwnika. Po pierwszym uznanym przez sędziego za ważny akcja jest przerywana. Trenując w ten sposób nigdy nie dowiesz się co się dzieje, kiedy wyprowadzany cios dochodzi, ale przeciwnik mimo to kontynuuje atak. Wyuczenie się odruchu walki do pierwszego trafienia prowadzi do powstania totalnej paniki w momencie, kiedy po tym pierwszym trafieniu napastnik wciąż atakuje.

W stylach kontaktowych jest pod tym względem dużo lepiej. Ale i tu trening nie jest optymalny pod kątem realnej samoobrony. Prawda jest taka, że większość tak zwanych kontaktowych systemów uderzanych absolutnie wyklucza możliwość atakowania najbardziej niebezpiecznych celów. Czyli takich miejsc, w które trafieni na ulicy możemy przegrać starcie. Jeśli na treningu nie wolno ich atakować, to taki trening nie wyrabia zarazem nawyku ich obrony.

W tym miejscu wyjaśnienie. Nie twierdzę, że trening sportów kontaktowych jest do niczego na ulicy. Jest świetny do tego celu, ale nie jest rozwiązaniem optymalnym. Można zrobić to lepiej. Trening taki wyrabia mnóstwo przydatnych odruchów, ale wyrabia też sporo odruchów fatalnych. Jednym z nich jest przywiązanie do bokserskiego sposobu trzymania rąk i pozycja z biodrami ustawionymi frontalnie. Taka pozycja, bardzo dobra w boksie i kick boeingu umożliwia między innymi skuteczne używanie tylnej ręki. Kłopot w tym, że zupełnie odsłaniamy w ten sposób najbardziej wrażliwy cel. W dodatku trening wyrabia przyzwyczajenie trzymania rąk cały czas wysoko. Pozycja taka doskonale chroni tę część ciała, w którą wolno uderzać na zawodach. Jednak pozycja nóg, bioder i rąk sumuje się w jeden efekt: krocze jest zupełnie nie bronione. Wielokrotnie eksperymentowałem z praktykami boksu, kickboxingu, muay tai i knockdown karate sprawdzając ich sposób reagowania na kopnięcie w krocze. Oczywiście kopnięcie wyprowadzane było w sposób kontrolowany. Zwykle w ogóle go nie zauważali, niezależnie jak bym go nie sygnalizował. Cały wyuczony sposób poruszania, chodzenia, przestawiania nóg i blokowania uderzeń jest w tych systemach tak skonstruowany, by maksymalizować siłę uderzenia rękami wynikającą ze skrętu ramion. Jednocześnie jest to zbudowane w taki sposób, jakby krocze w ogóle nie było wrażliwą częścią ciała.

Problem numer osiem: wyuczone do perfekcji samobójcze reakcje

Nie byłoby źle, gdyby reakcji nie było w ogóle. Ale jest nawet gorzej. W niektórych systemach, jak Muay Tai, knockdown karate czy tzw. kickboxingu z low kickiem stosuje się nie tylko zewnętrzny, ale i wewnętrzny low kick. Jest to kopnięcie kością piszczelową idące po łuku w udo przeciwnika. Low kick wewnętrzny oznacza, że kopie się w wewnętrzną cześć uda. Od środka. Ruch ten swoją trajektorią bardzo przypomina kopnięcie w krocze. W sportowej walce najczęstszą obroną przed nim jest uniesienie kopanej nogi w górę z lekkim przesunięciem jej w bok. Taka ucieczka przed kopiącą noga powoduje oczywiście jeszcze większe otwarcie bioder. Czyli w reakcji na ten ruch nie tylko nie ma bloku ani uniku, ale wręcz jeszcze mocniej odsłania się krocze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że na ulicy ruch kopnięcia w krocze dostrzeżony kątem oka zostanie odebrany jako sygnał o wewnętrznym low kicku i wywoła taką samą reakcję: samobójcze otwarcie krocza na kopnięcie w celu obrony wewnętrznej strony uda!

To tylko jeden przykład błędnej reakcji na uliczny atak. Jest ich bardzo wiele i wynikają one wprost z konieczności bronienia tego, co wolno atakować przy jednoczesnym ignorowaniu możliwości atakowania w sposób, w który na zawodach atakować nie można.

Problem numer dziewięć: INTERAKCJA. Czyli czemu sportowcy biją tradycjonalistów, a nie odwrotnie?

Pojawia się tu ważne pytanie. Skoro trening sportowy utrwala tyle złych odruchów, dlaczego przedstawiciele tradycyjnych szkół, w których uczy się ataków na wrażliwe miejsca, są notorycznie pokonywani przez sportowców?

Odpowiedź jest prosta. Przedstawiciele tradycyjnych szkół nie ćwiczą w interakcji z partnerem reagującym aktywnie. Ćwiczš ustalone z góry formy w powietrze, albo ćwiczą układy. Ustalone ruchy ataku, po których napastnik stoi nieruchomo jak słup i czeka na kontrę. Tak trenujący ludzie są pokonywani przez sportowców, bo nie są uczeni spontanicznego reagowania.

Problem dziesiąty i jedenasty: naturalne otoczenie i więcej niż jeden przeciwnik

Kolejna sprawy, to wyrabianie nawyku dostrzegania i wykorzystywania elementów otoczenia i branie pod uwagę spotkania z więcej niż jednym przeciwnikiem. Słusznie mówi się, że pokonanie więcej niż jednego człowieka jest bardzo trudne dla kogoś, kto nawet jednego pokonać nie umie. Ten dowcipny argument nie wyczerpuje jednak tematu. Zupełnie inaczej jest kiedy odruchowo poruszamy się tak, by mieć obu napastników w jednej linii, a inaczej, kiedy skupiamy się na jednym, przewracamy go na ziemię i siedzimy na nim okładając go pięściami, przy czym całkowicie zapominamy o drugim, który właśnie stoi za naszymi plecami i zamierza się na nas wielkim blaszanym koszem na śmieci. Jak najbardziej można wykształcić odruchy, które pomogą nam poradzić sobie skuteczniej przy napadzie więcej niż jednego człowieka.

Koniec problemów. Czyli jak realistyczny trening powinien wyglądać

Żeby optymalnie przygotować się do walki ulicznej, muszą być spełnione obydwa warunki: trening musi zawierać element interakcji z reagującym spontanicznie i oporującym partnerem i jednocześnie musi uwzględniać możliwość takich zachowań przeciwnika, jak: pchanie, ciągnięcie, szarpanie, przytrzymywanie, przechwytywanie uderzających kończyn, czy chwyt za włosy.

Trening powinien przygotowywać na takie ewentualności, jak uderzenie i kopnięcie w krocze, uderzenie głową w twarz, uderzenie palcami w oczy, przewrócenie się razem z przeciwnikiem, lub bycie przewróconym i atakowanym kopnięciami i uderzeniami przez napastnika, który stoi.

Wbrew pozorom trening tego rodzaju może być prowadzony bezpiecznie i bez rozbudzania w ćwiczących patologicznej agresywności.

Walka na ziemi a uliczna samoobrona

Bardzo istotne jest, by trening pod kątem ulicznej samoobrony zawierał elementy walki w przechwycie i walki na ziemi. Tu jednak pojawia się zastrzeżenie. Umiejętność zapaśniczej walki jest ważna, musimy jednak pamiętać, ze po pierwsze na ulicy nie ma zapaśniczej maty, a po drugie, w zapaśniczym dystansie niewyszkolony agresywny napastnik będzie nas instynktownie gryzł, szukał naszych oczu, próbował kopać i uderzać w krocze, będzie nas chwytał za palce i szarpał za włosy. Kilka lat temu uczestniczyłem w seminarium z wielkim autorytetem brazylijskiego jujitsu Royem Harrisem. Gdy spytałem o zastosowanie BJJ na ulicy opowiedział mi o eksperymencie, jaki w swojej szkole przeprowadził z udziałem brązowych pasów bjj i sprawnych fizycznie, bitnych początkujących o podobnych fizycznych atrybutach. Przyjęto, że brązowe pasy będą stosować techniki BJJ, a ich przeciwnicy mogą chwytać za krocze i uderzać w nie, gryźć, szczypać, drapać i wkładać palce do oczu. Wszystko oczywiście odbywać się miało w granicach rozsądku, tak, by nikogo trwale nie uszkodzić.

Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że brązowe pasy BJJ miały mnóstwo problemów z okiełznaniem swoich niesfornych przeciwników. Ich techniki zostały w bardzo znacznym stopniu zdezorganizowane, a wiele odruchów nabytych podczas sportowego treningu bardzo ułatwiało początkującym przeprowadzenie bolesnych ataków. Walka przez większość czasu zmieniała się w bezładną szarpaninę. Większość brązowych pasów w końcu wygrała, nie było to jednak łatwe zwycięstwo. W niczym nie przypominało spektakularnych zwycięstw chwytaczy nad uderzaczami z czasów pierwszych turniejów UFC. Poza tym nie wygrali wszyscy. W kilku przypadkach skończyło się bardzo bolesnym trafieniem w oczy, lub krocze. Roy Harris demonstrował mi podczas tej rozmowy kilka sytuacji, w których zastosowanie przez przeciwnika brudnych sztuczek sprawiało chwytaczom najwięcej trudności. Nie było w tym żadnej magii. Były to te same sytuacje, których się sam spodziewałem. Po prostu w pewnych momentach krocze pozostawało całkowicie odsłonięte, twarz była bardzo blisko którejś z wolnych rąk, palce luźno puszczone były w zasięgu przeciwnika albo bolesne miejsce było łatwe do ugryzienia.

Opanowanie technik zapaśniczych może przydać się na ulicy, nie wolno jednak zapominać o tym, że realna walka to całkiem co innego niż sport.

W naszej szkole trenujemy grapling. Zapaśnicze obalenia, sprowadzenia do parteru i walkę w parterze za pomocą trzymań, dźwigni i duszeń. Jednocześnie jednak przez cały okres treningu pracuje się nad wyrobieniem odruchów szukania możliwości, które na zawodach nie są dozwolone. Innym ważnym elementem jest wyrobienie odruchu spostrzegania elementów otoczenia. Zupełnie inaczej walczy się chwytami na macie, a inaczej w sąsiedztwie mebli o ostrych krawędziach. Z nieznanym przeciwnikiem na obcym terenie związanie się walka na ziemi jest głupim wyborem. Jeśli okaże się, że taki napastnik ma schowany nóż, na ziemi będzie stłuczona butelka, deska z wystającym gwoździem, albo ten napastnik w okolicy będzie miał pomocnika, to dobrowolne zejście z nim do parteru może być nawet wyborem ostatnim. Dlatego najlepiej jest umieć radzić sobie w parterze, ale mieć wyrobiony odruch pozostawania za wszelką cenę na stopach.

Podsumowanie

Trening który prowadzimy nastawiony jest na skuteczność w warunkach realnych. Opiera się więc na kilku zasadach:

  • interakcja z przeciwdziałającym partnerem,
  • branie pod uwagę spotkania z więcej niż jednym napastnikiem,
  • branie pod uwagę spotkania z napastnikiem uzbrojonym,
  • naturalne warunki, czyli trening w różnych rodzajach ubrania, w różnym otoczeniu i przy różnych rodzajach podłoża,
  • odrzucenie ochraniaczy,
  • brak zakazanych i wykluczonych z założenia form ataku,
  • trening we wszystkich dystansach: uderzenia, kopnięcia, klincz, obalenie, walka na ziemi.

→ Powrót do listy artykułów